Wołanie Bartymeusza

2006/10/4
  • Gdy wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Synu Dawida, ulituj się nade mną! Jezus przystanął i rzekł: Zawołajcie go! I przywołali niewidomego, mówiąc mu: Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: Co chcesz, abym ci uczynił? Powiedział Mu niewidomy: Rabbuni, żebym przejrzał. Jezus mu rzekł: Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą. (Mk 10, 46-52)

Bohater Ewangelii, siedzący na skraju drogi niewidomy żebrak, prosi o jałmużnę. Jest to ślepiec o imieniu Bartymeusz – zwyczajne imię, uboga postać, jeden z tylu ociemniałych ówczesnej Palestyny. W pewnym momencie człowiek ten usłyszał, że w pobliżu będzie przechodził Jezus. Zauważył w tym swoją życiową szansę i błyskawicznie podjął decyzję. Jego ślepota nie dotyczyła jedynie fizycznego wzroku – Bartymeusz był świadomy mroku i pustki, jakie wypełniały jego serce. Był człowiekiem zdezorientowanym i zagubionym, siedział przy drodze, ponieważ nie wiedział, dokąd iść. Ale jednocześnie miał wielkie pragnienia. Z głębi swojej ciemności skierował błagalny krzyk: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną. Siła jego krzyku sprawiła, że zwalił się mur ślepoty.
Każdy z nas jest zaproszony dzisiaj do tego, aby poczuć się Bartymeuszem, człowiekiem siedzącym w otchłani swojego Jerycha, w piekle samotności, w którym jesteśmy owładnięci niepokojem, interesownością, zaprzedani w grzech, przywiązani do własnego „ja”, pełni lęku o siebie. Pan Jezus, tak jak przechodził drogą z Jerycha do Jerozolimy, przy której siedział Bartymeusz, tak samo jest obecny na naszych drogach. Przechodzi także tutaj, w czasie tej Eucharystii. Powinniśmy być uważni, żeby nie przeszedł nadaremnie. Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną – ta modlitwa towarzyszy nam przez wieki i otwiera drogę do serca Pana.
Wołanie Bartymeusza zostało zakłócone przez uczniów, którzy zirytowali się jego głośnym krzykiem. Chcieli mieć Jezusa tylko dla siebie, nastawali więc na niewidomego, żeby umilkł. Ich reakcja uwypukla nasze dążenia, żeby bieda pozostawała w ukryciu, aby nie pokazywała się, nie przeszkadzała naszym oczom i nie mąciła spokojnego snu. Bieda, której nie możemy zaradzić, sytuacje ludzkiego nieszczęścia, na które nie mamy adekwatnej odpowiedzi, wciąż nas niepokoją. Wokół nas pojawiają się wciąż nowe wyzwania, aby poświęcić swój czas, także czasami pieniądze, żeby zmierzyć się z trudnymi sytuacjami cierpienia. Znajdujemy wiele powodów, aby uciszać naszą wrażliwość. Prawdą jest, że jako ludzie niewiele możemy zmienić w sytuacjach strukturalnej biedy czy cierpienia jakie spadło na człowieka, ale Pan oczekuje, że staniemy w gotowości z tym, co mamy, z tym mało znaczącym wkładem z naszej strony, którym On pragnie posłużyć się, żeby rozjaśnić życie spowite mrokiem. Nie trzeba spektakularnych czynów, często wystarczy sama obecność, zrozumienie, spojrzenie, wzięcie za rękę?
Bartymeusz był człowiekiem nieustępliwym, wiedział, czego chce. Na pytanie Jezusa: Co chcesz, abym ci uczynił? Odpowiedział: Rabbuni, abym przejrzał. Rabbuni znaczy: mój Mistrzu. Tego człowieka połączyła więź z Jezusem, dlatego zwrócił się do Niego w tak osobisty sposób. Bartymeusz chciał widzieć nie tylko ludzi i przedmioty, ale znacznie więcej – chciał kierować swoje spojrzenie do góry, spoglądać w niebo. Zależało mu zatem na spojrzeniu wiary. W swej nędzy chciał spoglądać ku Bogu, wiedzieć, że niebo otwiera się nad jego życiem. Albowiem naprawdę widzi dopiero ten, kto na ludzi, wydarzenia i naturę spogląda w taki sposób, że wszędzie dostrzega Niewidzialnego, że odkrywa Boga. Jezus spełnił prośbę Bartymeusza. Powiedział do niego: Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. Nie wykonał żadnych czynności, a jedynie potwierdził, że jego wiara się ziściła. Bez niej Jezus nie mógłby przywrócić mu zdrowia.
Wiara jest pierwszym krokiem na drodze do uzdrowienia. Moglibyśmy nawet powiedzieć, że wiara ma uzdrowicielską moc. Ta historia cudu uzdrowienia fizycznego, ale przede wszystkim duchowego, stała się dla Bartymeusza historią powołania do wiary i przyłączenia się do grona uczniów. Pod tym względem właśnie jego doświadczenie jest bliskie nam wszystkim, choćby nasze oczy widziały jasno i wyraźnie. Chodzi tu bowiem o oświecenie całkowite, o pełne poznanie i spojrzenie na życie, na ludzi, na świat oczami Boga. To spojrzenie sięgające w głębię naszej egzystencji.
Bartymeusz wstał i poszedł za Jezusem. Każdy z nas idzie za Panem do swojej Jerozolimy, w której przyjdzie nam powierzyć się Bogu i ludziom, do Jerozolimy, która była dla Jezusa miejscem ukrzyżowania, ale też miejscem Jego zmartwychwstania. Dzisiejsza Ewangelia ukazuje prawdę o naszej drodze i o tym, że Jezus wysłuchuje próśb, które z ufnością do Niego kierujemy, próśb wydobywających się z głębi serca, w którym brakuje czasem światła. To doświadczenie powinno owocować w nas wołaniem do Pana, tak jak Bartymeusz: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną. Wszystkie doświadczenia smutku i ciemności Pan chce przemienić tak, aby mogły stać się miejscem spotkania z Nim, aby były prześwietlone doświadczeniem Jego miłości.

Krzysztof Ołdakowski SJ
http://www.odnowa.jezuici.pl/msza/homilie/wolanie_bartymeusza.html

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: