Przekręcony na Pana Boga

2007/01/13

Marek Jaromski, malarz, rzeźbiarz, artysta. Autor programu „Anioł przychodzi wieczorem” w TV Puls i „Eterycznej Akademii Sztuki” w Radiu Józef. Tytan pracy. Ojciec czwórki dzieci. Udaje mu się to, co niemożliwe: we wszystkim co robi, jest na sto procent. Żyje z prędkością światła, ale zauważy każdy drobiazg. Zwykły ze mnie facet, mówi o sobie.

Anna Maruszeczko: Wprosiłam się, żeby zrobić z tobą wywiad i popatrzeć, jak sobie radzisz z dziećmi.

Marek Jaromski: Ja sobie radzę. Ale dopiero teraz. Przy pierwszej (Viktorii, lat 16), to mnie raczej denerwowało. Przy bliźniętach już mniej. Chociaż jak wziąłem je na ręce, to mnie zamurowało i nie zrobiłem żadnego rysunku przez rok. Tak byłem zdziwiony i skrępowany tym zjawiskiem. Pomagałem przy nich, ale niemrawo. Dopiero przy Ksawerym (Ksawerze – mówi Marek) czuję ojcostwo. Takie najgłębsze, do dna.

Zastanawiasz się nad tym, jak prowadzić dzieci przez życie czy robisz to instynktownie?
Raczej nie planuję.

Ale jak byś miał mi poradzić…?
Pozwalać dzieciom realizować marzenia. Również te najpierwsze. Ja całe dzieciństwo chciałem mieć rower i nie kupili mi tego roweru. Odłożyło się gdzieś we mnie to niezrealizowane marzenie. Dopiero jak byłem na studiach i zacząłem zarabiać, to kupiłem sobie rower. Tylko po to, żeby kupić, bo zaraz go komuś oddałem.

A jak je rozpieścisz?
Nie ma obawy. To nie jest tak, że ja kupuję, a one leżą do góry brzuchem.

Uczysz je pracy?
No jasne! Nawet do pracowni je zabieram. Mówię: „Nie bądź leniem!”. Nie znoszę, kiedy tylko chcą mieć, a nie chcą dawać.

Niektórzy rodzice przeganiają dzieci, gdy te chcą im „pomagać”. Wolą mieć porządek w domu.
Ale tak robią kobiety.

Nieprawda. Ojcowie, też się irytują, gdy synowie zabierają się do polerowania ich samochodów.
– Ja wiem jedno: zabawka dziecku się w pamięci nie odbije. Ono będzie pamiętało tylko to, co się pomiędzy mną a nim w życiu działo. Staram się być z dziećmi jak najczęściej. I one do mnie do pracy dzwonią albo przyjeżdżają. Czasem przeszkadzają, ale niech przeszkadzają. Chcą wszystko wiedzieć. Teraz też Maks dzwonił, bo jest zazdrosny. Pytał, kto przyjechał, jaki smak ma makaron. Nie ma go z nami, bo go wysłałem na narty wodne z mężem siostry. Niech się uczy.

Od kiedy masz to siedlisko na wsi?
Od 19 lat. Pracowałem na akademii i zacząłem mieć poczucie, że za chwilę zamienię się w funkcyjnego pana profesora. Taka posada daje pewność, że zawsze będzie jakaś kasa, szacunek, ubezpieczenie, wyjazdy, stypendia, ale z drugiej strony uwiera. Uświadomiłem sobie, że nie idę w głąb, tylko stoję w miejscu. Ruszam się w lewo, w prawo, ale na jednym poziomie.

Jednak bałeś się zostawić tę małą stabilizację….
– Szarpałem się. Do Ponikwi Dużej przywieźli mnie znajomi, poczułem to miejsce. (Marek sprawdza, czy kręcą się kółka w zdalnie sterowanym samochodziku, który popsuł się przed chwilą: Ksawery! Naprawione!) Spytałem, czy nie ma tu czegoś do kupienia. Ja wtedy mieszkałem w „Dziekance” [akademik Akademii

Powiedziałem do kamery, że na uczelni światła nie ma. Nikt mi nie powiedział, że jest jakieś inne światło.

Sztuk Pięknych w Warszawie]. Pokoik miałem asystencki. I pokazali mi: „O, tam jest siedlisko, od 15 lat nikt tam nie mieszka”. Patrzę i widzę to przez jakieś brzozy, sosny. Więc idę, ciągnie mnie, chociaż jeszcze tego nie widzę. Bo ja i tak już wiem, że to moje miejsce. Są takie momenty w życiu, że się to wie. Kupiłem za podwójną cenę z nawiązką, bo gdy wróciłem do Warszawy, to się okazało, że sprzedały się moje obrazy z wystawy w Sztokholmie. Wsadziłem wszystkie pieniądze do Pisma Świętego. Siedliśmy do stołu u pana Antoniego. Żona nam dała po talerzu tłustego rosołu z marchewką, a ja mówię: „Panie Antoni, na Słowo Boże chcę z panem umowę zrobić. Zgadza się pan?”. Otworzył Pismo Święte, przeliczył pieniądze i dał mi kluczyk od kłódki.

Zostawiłeś miasto na amen?
Tam się pozamykało wszystko. Obrazili się na mnie. Powiedziałem do kamery, że na uczelni światła nie ma. To było wtedy, gdy dostałem złoty medal w Krakowie i dziennikarze mnie szukali, żeby się dowiedzieć, czemu uciekam, skoro jest szansa, żeby tę nagrodę jakoś wykorzystać i ruszyć w świat. A ja byłem rozczarowany, bo nikt mi w tej Warszawie nie powiedział, że jest jakieś światło poza żarówką. Powinni mi byli powiedzieć o tym Bożym Świetle, że ono jest. Nikt mnie nie pociągnął w tę stronę, a od tego trzeba przecież zacząć.

Bo nie ma sztuki bez religii.
No właśnie. Ja już wtedy byłem na Pana Boga przekręcony. Po chorobie kręgosłupa zacząłem Pismo Święte poczytywać.

Choroba była aż tak poważna, że przekręciła cię na Pana Boga?
Nie chciało mi się stołu zamówić. Miałem prasę graficzną na podłodze. Musiałem się ciągle schylać. Dysk się wysunął i cześć. Choroba była potrzebna. Leżałem na desce parę miesięcy.

To długo poczekałeś na tym przystanku. I stałeś się religijny po tych przejściach?
Dewocyjnie religijny na początku. Obrazeczki, medaliki – pełno tego było. Ale Pana Boga nie ma na poziomie tych form.

Znalazleś spokój ducha na wsi?
Jak to kupiłem, to mnie na początku regularnie okradano. Ze wszystkiego. Byłem strasznie wkurzony na tych ludzi. To była taka bezsilność: coś chcę zacząć od nowa i nawet tu się nie udaje. Czułem się bardzo źle. Kasy z miasta nie ma, stąd nie ma i jeszcze ludzie wrogo nastawieni.

Może się wywyższałeś?
Nie dopuszczałem ich do siebie. Aż kiedyś się to wreszcie odwróciło. Raz na 10 lat chodzi tu obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Od domu do domu, przez całą wieś chodzi. Obraz się zbliżał. Sąsiadka puka do drzwi: „Panie Marku, czy pan obraz przyjmie?”. Ja na to: „Przyjmę, ale nie z wami. Bo wy wiecie, kto mnie okrada, a nie mówicie”.

Ale ich podszedłeś!
Twardy byłem: „Ja wiem, że wy wiecie. Nie wydajecie, to jesteście współwinni”. W twarz im powiedziałem i to ich poruszyło. Obraz doszedł do sąsiadów w pobliżu. Poszedłem na litanię i na różaniec. I wtedy takiego dostałem kopa, że mówię: „Ludzie! Ja was przepraszam. Przyjdźcie”. Poczułem wspólnotę z ludźmi, z którymi odmawiałem modlitwę. Zrobiliśmy ołtarz. Było czuwanie do rana.

W życiu się przejaśniło?
Bardzo szybko. Po czasach ascezy z musu pojawia się propozycja wystawy. W Teatrze Studio. No to zrobiłem wystawę – trzydzieści parę prac – pod nazwą „Ponikiew Duża”. Przyjechała siostrzenica

Jak idziesz na całość, nic nie zatrzymujesz, to ta przestrzeń wypełnia się wolą Bożą.

premiera Andreottiego z jakąś kasą na sztukę. I kupuje całą wystawę. Co do jednego obrazu. W życiu mi się coś podobnego nie przydarzyło! Podpisałem umowę na wyłączność na dwa lata. Dzięki temu odbudowałem to siedlisko.

Palec Boży?
No, na pewno. Potem zacząłem czuć, co to jest. Jak idziesz na całość, nic nie zatrzymujesz, to ta przestrzeń wypełnia się wolą Bożą. Nie twoją, tylko wolą Bożą.

Twoja religijność to jest tylko twoje dzieło? Nie wyniosłeś tego z domu?
Z domu babci. I od mamy. Od ojca nie. Jego kiedyś jakiś ksiądz pobił. Teraz znowu wrócił do wiary, ale on się chyba nie komunikuje z Panem Jezusem. Muszę się go zapytać.

To nie jest chyba takie proste ani częste, to komunikowanie się z Panem Jezusem?
No tak, chociaż dla mnie to jest teraz normalne. Nie każdemu się chce wchodzić w głąb, bo to strasznie zobowiązuje do przestrzegania zasad. One się wydają trudne. Ja się kilka razy cofałem. W drugą stronę chciałem to życie sprawdzać. Po dwóch latach pojechałem na akadamię i powiedziałem, że ja już więcej wiem i mogę uczyć. Bo chwyciłem tego Światła trochę. Ale oni byli do mnie wrogo nastawieni. Zrobili konkurs i wybrali najgorszego.

Myślisz, że w takich miejscach naprawdę nie ma Światła? Może jesteś uprzedzony? Sam powiedziałeś, że ich obraziłeś.
Ono pewnie jest, ale wtedy byłem radykalny. Wszystko było albo białe, albo czarne. Teraz sobie myślę, że skoro zdecydowałem się pójść na całość, to już nie ma co się asekurować. Przestałem chcieć kariery. Zrozumiałem, że jest dla mnie jakaś inna formuła życia przygotowana. Poczułem, że będę nadawał. Bo ja taki nadajnik jestem. Nie wytrzymuję bez nadawania.

Kariera, nawet artystyczna, to ciężki biznes. Trzeba realizować zamówienia, pilnować terminów i uważać na konkurencję.
Wiesz, ja sobie sztukę uprawiam. Nie ma we mnie żądzy zajadłego konkurowania. Nie marzą mi się występy w Zachęcie. Sztuka odchodzi od człowieka, jak on zaczyna kombinować. O sztukę trzeba dbać. Ja wiem, że mam talent. I o niego dbam. Bo nic innego nie mam.

Skazałeś się na banicję. Jednak nie wytrzymałeś bez miasta…
Tyle się we mnie nagromadziło, że trzeba było to gdzieś wylewać. Powroty do miasta zawsze jakieś były. Kiedy Viktoria już była na świecie, to podjąłem się pracy ładowacza w magazynach. Zasuwałem dwa lata, żeby zarobić na pieluchy i na życie. I znowu zaczęły mnie nachodzić myśli: „Co ja tu robię?”. Zacząłem być funkcyjnym „pakowaczem”. Pojawiło się poczucie klęski. Zadzwoniłem do znajomego zakonnika i mówię: „Bracie furtianie, módl się za mnie. Ja nie mogę tak żyć!”.

Dokąd tym razem wróciłeś?
Pojawiło się przekonanie, żeby wracać na wieś i jakoś przeć do przodu. I zaraz przyszła nagroda – propozycja od firmy Saab na dwieście prac.

Nie zrezygnowałeś ze sztuki. Dało się z tego żyć?
Coś się zawsze pojawiało. Lata 90. Boże Narodzenie bez grosza i „Arsenał” w Białymstoku. Chrystusy – pół rzeźby, pół obrazy pokazałem. Na tej wystawie się nie sprzedawało, ale przyjechało tam pewne małżeństwo – Dowborowie i wzięli „Dwunastu apostołów baranka” za 5 tysięcy. I tryptyk „Krew i woda”. Wiszą u nich. Oni kojarzą swój sukces z tamtym momentem. Potem była ważna wystawa w Polskim Radiu. Z „Trebunimi Tutkami” się zadawałem wtedy i z Włodkiem Kleszczem. Ja u niego w radiu występowałem. Tam po raz pierwszy byłem „bankierem”.

A więc tam rozdawałeś „niebieskie monety” z przesłaniem z „Hymnu o miłości” i tam zaczęła się duchowa interakcja ze słuchaczami?
Ja to czuję! Dygotu dostaję. Rzezałem „Hymn o miłości” i namawiałem słuchaczy, by opowiadali o miłości. To piękne, gdy chodzi się potem po ziemi z tym dobrem w słowach od ludzi. To trwało 2-3 lata i potem Radio Józef zaczęło się tworzyć. Kazali mi się uczyć różnych klawiszy na konsolecie, ale to nie dla mnie było. Pojechałem na pole, a tu Robert Tekieli (wówczas dyrektor programowy) mówi: „Chodź, zrobisz jakąś nocną audycję”. No to siadam i mówię: „Ludzie, dzwońcie, bo ja z Wami chcę

Gościa zapraszam z jego aniołem stróżem. Ja ich razem zapraszam.

rozmawiać”. Nikt nie dzwoni. I w końcu jest jakaś pani: „Proszę pana ja do pana z litości dzwonię. Bo tak nie wiedziałam: albo papierosa wezmę, albo do pana zadzwonię. No i zadzwoniłam”. „A wie pani co, ja też bym rzucił papierosy. A może pani ze mną teraz rzuci papierosy?”. „Dobrze”. To cała rozmowa. Jeden telefon na godzinę. Wróciłem na wieś strasznie zdołowany tą audycją, ale wyrzuciłem te papierochy i trzy dni nie wychodziłem z łóżka.

Poważnie traktujesz obietnice i ludzi.
Do tej pory nie palę. A paliłem 28 lat.

I już wtedy poczułeś, że masz dobry kontakt ze słuchaczami?
Jeszcze nie. Tekieli mi mówi: „Rób pasma modlitewne. Ty to dobrze robisz”. Fakt, ja się lubię modlić. W tej audycji jest przekaz. Przez dwie godziny przenika coś na zewnątrz. Między nami jest Jezus Chrystus. To nie tak, że ktoś do pana Mareczka sobie dzwoni. Mnie to wykańcza. Wychodzę wypluty. Idę potem do sióstr nazaretanek, bo odkryłem, że mają siłownię i ja tam półtorej godziny, w tej ciszy ćwiczę. A potem idę na mszę. Taka to moja droga z radia do domu. Mam 52 lata. Wiesz, ja mam taki charakter, że jak coś zaczynam robić, to się rozrasta. Pączkują mi te pomysły. Ale za stary już na to jestem. Muszę powiedzieć dyrektorowi, że za dużo mnie w radiu.

Musisz się oszczędzać z myślą o sobie, czy o dzieciach?
O dzieciach. Muszę mieć na nie oko. Oddajcie te ciastka! Nie karmić nimi psa. Widzę, że karmicie. Ja ojca w nich „naświetlam”. Jestem z synem, on na mnie patrzy i się uczy bycia mężczyzną.

Miewasz kryzysy w pracy?
No, wychodzą mi złe rzeczy. Nie śpię, jak mi nie wyszło albo ktoś mnie zrobił w konia. Na przykład wydawało się, że gość będzie w kontakcie, a on robi z siebie jakąś gwiazdę…

A wiesz, że już legendy opowiadają o tym, jak to ty czasem oznajmiasz: „Anioł dziś nie przyszedł”.
Idę do radia czy telewizji malować niewidzialne. Gościa zapraszam z jego aniołem stróżem. Ja ich razem zapraszam. Już w pierwszych minutach wiem, czy anioł lata czy nie. Jeśli nie przyszedł, to wtedy między mną a gościem jest pustka. „On będzie sobie przelatywał, kiedy wpuści mnie Pan/Pani przez oczy” – mówię. Wpadłaś kiedyś tak na drugą stronę?

Na drugą stronę człowieka? Chyba nie.
Ja tak wpadłem. Pierwsza była moja babcia. Parę dni przed jej śmiercią, coś mnie tknęło, żeby do niej pojechać. Miała wielkie modre oczy. Jak chabry. Babcia Janina Jaromska. I ona mnie wpuściła przez sekundę, bo jej powiedziałem, że ją kocham. Coś się w nas wtedy otworzyło.

Kiedy ostatnio anioł przelatywał?
Miałem teraz Ryszarda Reiffa (83 lata). To facet z Rady Państwa, który jako jedyny nie podpisał się pod stanem wojennym. Mówiliśmy o duchowości. Jemu „dziad (a dokładnie pradziad) z obrazu wyszedł”. Kiedy wraz ze swoimi żołnierzami był otoczony przez Niemców i żegnał się w myślach z całym światem dziad mu się w półśnie pokazał i go wzmocnił. Nie zginęli. No i o takich rzeczach rozmawialiśmy. On jest przykładem bohatera i przykładem dla młodych ludzi.

Ileż ty masz ludzi wokół siebie, ileż życiorysów, historii. Ciągle jesteś nienasycony?
Nie, bo przez to życie nie ma dna. Skoro nie ma, to nie będzie miało. Niby jest ta śmierć i można się bać, ale jak dna nie ma, to ty po prostu przechodzisz. Daj mu ten samochodzik, Ksawery, daj mu. Weźcie tego psa z domu! Ja nie bedę walczył z psem. Saba spływaj!

Boisz się czegoś?
Tak. Żebym nie zmarnował swojego życia. Bo już teraz z górki mam, a wtedy człowiek jest bardziej uważny. Ja poczułem grzech. Nie to, że ja źle robię z przykazania, tylko z doświadczenia wiem, że grzeszę – wchodzę w taką pustą przestrzeń, w której jest głucho i ciemno.

Zachwycasz się drobnymi rzeczami…?
Ja wiem, czy one są drobne? Muszę ci, Ania, powiedzieć tak: Jesteś artystą, ciągle chcesz ładne rzeczy wycinać dłutem. I wycinasz. I przychodzi moment, kiedy zaczynasz ogarniać, co ty naprawdę robisz. Okazuje się, że to dłuto przez 20 lat wycinając, pokazało ci, że ty jesteś narzędziem. Że ta matryca, którą wycinasz, to ty jesteś odbita. I tu się zaczyna odjazd. To jest zupełnie inna percepcja świata.

Anna Maruszeczko rozmawiała z Markiem Jaromskim

Marek Jaromski uprawia linoryt, rysunek, papierografię i rzeźbę. Jest jedynym artystą trzy razy z rzędu nagrodzonym na Międzynarodowym Biennale Grafiki w Krakowie. Jego prace pokazywane są w galeriach i na wystawach na całym świecie.

http://www.dobrymagazyn.pl/index.php?s=czasopismo_artykul&id=70

Advertisements

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: